Users on-line: 1

Strona istnieje 2393 dni

Licznik Odwiedzin:

Colombo, pierwszy dzień, czyli parę informacji technicznych


Poprzedni odcinek zakończyłem, gdy staliśmy naprzeciw karabinu maszynowego.

Stoimy więc i rozglądamy się wokół. Nie jest to jedyny uzbrojony posterunek, w zasięgu wzroku jest jeszcze kilka stanowisk karabinów. Kierowca autokaru widząc nasze niepewne miny mówi żeby się nie obawiać, ostatnimi tygodniami jest spokojnie, a Tamilskie Tygrysy raczej nie atakują w centrum wyspy, oni to porywają zazwyczaj na północy kraju, gdzie wstęp dla obcokrajowców jest zabroniony, a zamachy bombowe to tylko na obiekty państwowe... Mało uspokojeni tym wywodem wsiadamy do autokaru, pilotem okazuje się gość o imieniu Cecil, mówi do nas niezrozumiałym językiem. Zapytany, po jakiemu do nas przemawia zdumiony twierdzi że to przecież jest angielski. Z kolei my jesteśmy zdumieni tym, że to jednak jest angielski.... Grunt że Maciek- przewodnik- go rozumie, a przynajmniej coś opowiada o Cejlonie zwanym obecnie Sri Lanką.  Nawet bez opowiadania widać, że kraj ciekawy. Ruch lewostronny i to spory, auto na aucie, mijają się w pełnym gazie na szerokość zapałki, trąbią na lewo i prawo, ale jest dosyć bezpiecznie. Sporą część ruchu generują motorynki, takie trzyosobowe, kierowca + dwóch pasażerów, ale wszystkie wyposażone w radio, na jednym to było nawet trzy anteny... Miejscowi nazywają taki pojazd „tuk-tuk”.

Dojeżdżamy do hotelu, rozpakowywujemy się i jedziemy na zwiedzanie. W przewodniku wyczytuję, że stolicą Sri Lanki, wbrew powszechnemu przeświadczeniu nie jest Colombo które wraz z przedmieściami liczy sobie prawie 5 milionów mieszkańców (co na wyspie liczącej 22 milionów jest niemałym osiągnięciem) tylko mała dziura Sri Jayawardenepura[1], leżąca na przedmieściach Colombo. Nawet nasz przewodnik o tym nie wiedział.... (Tak samo jak stolicą stanu New York w USA nie jest wcale Nowy Jork tylko mieścina Albany)

Na ulicach faceci w sukniach, sporo żebraków, z okien autokaru obserwujemy rodzinkę mieszkającą w trzech składanych kartonach, na głównej ulicy i wcale się nieprzejmującą ruchem ulicznym. I co kawałek policjant i co dwa kawałki bunkier z obsadą. Zwiedzamy główne atrakcje Colombo, nie ma tego za wiele. Jakieś nie za stare świątynie, jakieś pokolonialne budowle, wszystko otoczone tłumem żebraków szarpiących za ręce, ciągnących za ubranie, każda metoda pozyskania dolara jest dobra. Koło jednej ze świątyń zatrzymujemy się chwilką – dwóch chłopców ma węże i demonstruje sztuczki z nimi. Dostają kilka dolarów, ale chcą też wyciągnąć jak najwięcej. Na zakończenie wycieczki docieramy do buddyjskiej świątyni. Jest naprawdę piękna, wysoki budynek cały pokryty z zewnątrz rzeźbami. Stajemy przed nią i podziwiamy. Mnisi wychodzą z wnętrza i gościnnie zapraszają do zwiedzania. Trochę nie wiemy jak się zachować w buddyjskiej świątyni, więc tłumaczą nam łamanym angielskim: Zwiedzanie bezpłatne, NO MONEY, trzeba wejść na bosaka, buty zostawiamy przed wejściem, wchodzimy, YES SIR, KOSZULKĘ TRZEBA ZAŁOŻYĆ, tu jest posąg Buddy, NO PHOTO, teraz tędy, CZY KTOS CHCE, ABY NA CZOLE NAMALOWAĆ MU KROPKĘ?, teraz zwiedzamy wnętrze, prawda że piękne?, wychodzimy po zwiedzeniu tędy, ZA ODDANIE BUTÓW NALEŻY SIĘ JEDEN DOLAR OD KAŻDEJ PARY, DZIĘKUJEMY ZAPRASZAMY PONOWNIE....

 

*       *      *



[1] Prawdopodobnie dlatego uważa się za stolicę Colombo a nie Sri Jayawardenepure bo tego drugiego nie sposób wymówić....


stat